Po serii doniesień z połowy ubiegłego miesiąca o atakach na strony dużych amerykańskich przedsiębiorstw i redakcji pojawiły się głosy, że ich źródłem są Chiny. Władze Kraju Środka zdecydowanie zaprzeczyły tym podejrzeniom, a po niedługim czasie zdecydowały się na jeszcze jedną odpowiedź. Chińskie Ministerstwo Obrony oświadczyło, że i ono wraz z innymi agencjami (w tym armią) było ofiarą ataków hakerów, tym razem dla odmiany - ze Stanów.
Minosterstwo stwierdziło, że podobnie jak inne kraje w ostatnim czasie, Chiny były narażone na szereg ataków informatycznych. "W 2012 roku z ponad 73 000 adresów IP spoza oceanu kontrolowane było więcej niż 14 milionów komputerów w Chinach, a 32 000 adresów IP zdalnie konrtrolowało 38 000 chińskich stron internetowych" - powiedział rzecznik prasowy Ministerstwa Spraw Zagranicznych Chin na niedawnej konferencji prasowej. "Ataki pochodzące ze Stanów Zjednoczonych były najczęściej odnotowywanymi" - dodał.
"In 2012, about 73,000 overseas IP addresses controlled more than 14 million computers in China and 32,000 IP addresses remotely controlled 38,000 Chinese websites, Foreign Ministry spokesman Hong Lei said at a regular news conference on Tuesday.
Zgodnie z przedstawionymi przez władze Chin danymi, jedną z najczęstszych ofiar ataków była armia. Tamtejsze Ministerstwo Obrony Narodowej oświadczyło, że ich strony były w okresie od stycznia do marca atakowane ok. 240 000 razy.
Jakkolwiek trudno jest za pomocą bezstronnych źródeł stwierdzić, jak bardzo ścisłe są liczby przedstawiane przez obie strony, to bez wątpienia można powiedzieć, że wykorzystanie komputerów jako elementu inwigilacji, a potencjalnie także i rywalizacji czy wręcz walki (wystarczy tu przywołać Stuxnet) staje się powszechną praktyką na arenie międzynarodowej. Wciąż trudno przy tym określić, jak wiele cyberataków to sprawka konkretnych agencji państwowych, a ile - niezwiązanych z żadnym rządem grup hakerów.
Źródło: CDRinfo.com




